Adres facebook

sobota, 13 czerwca 2015

Tajemne spotkanie Marlona Brando

Mało kto wie, że ponad 13 lat temu odbyły się najbardziej niezwykłe warsztaty aktorskie w historii. Na 10-dniowy kurs zaproszenie otrzymało kilkunastu szczęśliwców, młodych studentów szkół teatralnych oraz weterani tego fachu - wśród nich chociażby Leonardo DiCaprio, Sean Penn, Robin Williams, Edward James Olmos, Michael Jackson, Nick Nolte, Whoopi Goldberg, Jon Voight czy Henry Dean Stanton. Co ich skłoniło do wzięcia udziału w tym projekcie? Jego autor, jedyny i niepowtarzalny Marlon Brando.

Coś co musicie wiedzieć o Marlonie Brando, to to że jest to aktor któremu można osobiście przypisać spowodowanie rewolucji w Hollywood. Gdyby szukać kamieni milowych w historii kinematografii, na pewno natknęlibyśmy się na film z 1951 roku o nazwie Tramwaj zwany pożądaniem. Zmodernizował on, a raczej rola wykreowana przez Brando, współczesne aktorstwo. Temu filmowi przypisuje się jako pierwsze skorzystanie z "metody" - sposobu gry aktorskiej polegającej na odwoływaniu się do własnych emocji i przeżyć w celu osiągnięcia jak najbardziej wiarygodnej kreacji. Marlon był uczniem Lee Strasberga i Stelli Adler: największych autorytetów aktorskich, ludzi którzy rozpowszechnili na zachodzie system Stanisławskiego - praojca metody aktorskiej. Jeżeli będziecie mieli kiedyś okazję obejrzeć Tramwaj z pewnością zauważycie różnice między klasycznie szkolonym aktorstwem, a metodą. Na ekranie widzimy bohaterów z nienaganną dykcją i posturą, deklamujących każdy fragment tekstu z największą dokładnością, a niekiedy wręcz teatralną przesadą, a zupełnie obok nich Brando - wyróżniający się prostotą, brutalnością (gra Stanleya Kowalskiego, polskiego emigranta cechującego się dość chłopskim rozumowaniem). Nie udaje wściekłości, frustracji - on je naprawdę pokazuje. Ta jedna rola zapewniła mu nieśmiertelność pośród sław Hollywood, ale przecież w tym momencie jego kariera się rozpoczęła, a później było już tylko lepiej. Czy to jako Vito Corleone w Ojcu Chrzestnym, czy Pułkownik Kurtz w Czasie Apokalipsy, bądź Paul w kontrowersyjnym Ostatnim tangu w Paryżu, za każdym razem przypieczętowywał swoją pozycję jako najwybitniejszego aktora XX wieku.

Niestety, każda róża ma swoje ciernie. Odmówienie Oscara za Ojca Chrzestnego w 1973 mogło być pierwszym zwiastunem końca kariery wielkiego aktora. I faktycznie, wypuszczony w 1979 roku Czas apokalipsy jest ostatnim wartym zobaczenia filmem w jego dorobku. Brando zatracał się w dwóch rzeczach: swoim ekscentryzmie i lenistwie. Wiele jest anegdot dotyczących jego zachowań na planie - przyjeżdżał zupełnie nieprzygotowany, nie wiedząc nawet jaką rolę ma grać; jego tekst był pisany na ogromnych planszach trzymanych za kamerą, który i tak ignorował pozwalając sobie na improwizację. Innym aspektem jego lenistwa była kolosalna tusza, która powiększała się z roku na rok. W trakcie kręcenia Czasu ciężko było odszukać dawnego, przystojengo i napakowanego Marlona, ostatecznie doprowadzając się do takiego stanu na parę miesięcy przed śmiercią. Logiczną konsekwencją utraty ról i zniknięcia z życia publicznego były narastające problemy finansowe. Utrzymanie się w Hollywood jest trudne, zwłaszcza bez źródła stałego dochodu. Próbował paru biznesów, które okazywały się niewypałami. Możliwe więc, że pomysł akademii był początkowo zwyczajnym skokiem na kasę. Ale nie można też wykluczyć opcji, że mógł być ostatnią próbą pozostawienia po sobie jakiegoś wartościowego dorobku, przekazanie swojej ogromnej wiedzy w akademicki sposób na temat aktorstwa.

Wszyscy zgromadzeni już od samego początku wiedzieli, że biorą udział w czymś zupełnie niezwykłym. Pierwszego dnia oto przed nimi pojawia się 78-letnia, 130-kilogramowa gwiazda kina w dużej blond peruce, niebieskiej maskarze i w czarnej sukni i zaczyna ponad dziesięciominutowy, wymyślony in promptu monolog w brytyjskim akcencie, zakończony ściągnięciem sukni i ukazaniem nagiego tyłka. Później już było tylko lepiej - szokowanie pseudosobowtórem Osamy Bin-Ladena w niecały rok od 11 września, zapraszanie bezdomnych i gwiazd jazzu, oraz rozbieranie młodych studentek. Szaleńcze tempo i dziwaczna forma okazały się zbyt wymagające dla wielu uczestników, którzy odchodzili z kursu w trakcie kłótni w akompaniamencie krzyków. Na samym końcu pozostali m.in. Williams, Olmos i Penn.

Jednakowoż przełamywał tym samym bariery i ukazywał aktorom nieodkryte jeszcze przez nich zakątki ich talentu. Mistrza improwizacji i stand-upu Robina Williamsa pokonał w banalny sposób - na skecz o sprzedaży samochodu zaprosił prawdziwego dealera samochodowego, który nie tylko przegadał złotoustą legendę ale też zmusił do przyznania się do porażki. Było to świadectwem jak bardzo Marlon Brando wierzył w metodę i jak usiłował to przekazać swoim "studentom". Magia realizm. Nawet najlepszy aktor nie doścignie w przekonywaniu i sprzedaży dealera z 20-letnim stażem. Ale może próbować.

Najciekawszym elementem całego przedsięwzięcia był fakt, iż każda sekunda była skrzętnie nagrywana celem późniejszej dystrybucji. Niestety, Brando miał problem z koncentrowaniem się na jednym projekcie i przed ukończeniem montażu projekt trafił na półkę. Niewątpliwie, kiedyś mógłby zostać dokończony, ale Brando zmarł niecałe dwa lata później. Spadkobiercą spuścizny po nim został producent Mike Medavoy, który bynajmniej nie ma zamiaru upubliczniać nagrań. Oficjalnie dlatego, że nie wszyscy nagrani zezwolili na rozpowszechnianie wizerunku, jednakowoż zdrowy rozsądek podpowiada inne powody - jako osoba odpowiedzialna za wizerunek aktora po śmierci nie zależy mu na rozpowszechnianiu nagrań jego ekscentrycznej, bliskiego przyjaciela robiącego jeszcze bardziej ekscentryczne rzeczy. Czy kiedykolwiek zobaczymy taśmy? Mało prawdopodobne, ale na pewno byłyby cennym nabytkiem dla fanów i adeptów aktorstwa, testamentem pozostawionym przez największą legendę dużego ekranu ubiegłego stulecia.

autor: Joz

Tekst umieszczony na blogu za zgodą autora

piątek, 15 maja 2015

[RetroGamer#4] Średniowieczna Lara Croft - Drakan: The Order of Flames



Dynamiczna walka, eksploracja niczym w Tomb Raiderach oraz powietrzne bitwy na grzbiecie smoka. Oto Drakan - jedna z najbardziej niedocenionych, moim zdaniem, gier ostatnich kilkunastu lat.

W cieniu panny Croft

W latach dziewięćdziesiątych powstało mnóstwo udanych gier z gatunku action-adventure. Niestety z powodu olbrzymiej popularności pewnej pani archeolog większość z nich zostało skazanych na zapomnienie. A szkoda, bo w 1998 roku na rynku pojawiła się inna wirtualna heroina, która miała szansę zawalczyć o tytuł najpopularniejszej bohaterki gier video. Poznajcie Rynn oraz jej wiernego towarzysza, smoka Arokha.

Fabuła nie należy do najbardziej odkrywczych więc nie ma sensu się za bardzo o niej rozpisywać – ot, kolejne śmiertelne zagrożenie nawiedzające fantastyczną krainę, któremu zaradzić może jedynie duet składający się z dzielnej wojowniczki oraz jej zionącego ogniem kompana. Na szczęście fabularną miałkość rekompensuje świetny gameplay.

Smokiem i mieczem

Głównym „ficzerem” Drakana była właśnie współpraca pomiędzy Rynn a Arokhiem. Poziomy miały charakter otwarty i gracz mógł dowolnie decydować, w którym miejscu wyląduje smokiem by rozpocząć pieszą eksplorację. Miało to sens – dzięki Arokhowi Rynn mogła w szybkim tempie pokonywać duże dystanse i walczyć z wrogami zbyt potężnymi 'dla niej samej, jednak niektóre miejsca, takie jak świątynie czy pieczary mogły być zwiedzane jedynie przez samą bohaterkę.

Poruszając się na nogach Rynn musiała walczyć z najróżniejszymi kreaturami (klasyczny folklor fantasy) rozwiązywać całkiem ciekawie zaprojektowane zagadki środowiskowe oraz zbierać różnego rodzaju ukryte skarby. Podczas tych etapów bawiłem się niemal równie dobrze jak grając w Soul Reavera, który jest w moim odczuciu jedną z najlepszych gier action – adventure w historii ludzkości.

Prawdziwych rumieńców gra nabierała w momentach przejmowania kontroli nad smokiem Arokhiem. Te fragmenty wspominam najmilej – sterowanie olbrzymim gadem było zaskakująco wygodne a walki z latającymi kreaturami nawet dzisiaj mogą przyspieszyć bicie serca, szczególnie podczas bitew z bossami.

Grywalna nawet po latach

Pomimo kilkunastu lat na karku Drakan zestarzał się bardzo godnie. Różnorodne lokacje, od zaśnieżonych szczytów po tropikalne lasy mogą podobać się nawet dzisiaj, a dość wysoki poziom trudności zadowoli graczy kręcących nosem na uproszczenie dzisiejszych gier. Jeśli zawsze zastanawialiście się, jak to jest kierować potężną, ziejącą ogniem bestią, lub po prostu kochacie action-adventure, nie zastanawiajcie się, tylko sięgnijcie po ten wspaniały klasyk.



Piotr Kistela

piątek, 8 maja 2015

COŚ NA RYNKU#1 (CYKL FELIETONÓW O KSIĄŻCE I PRASIE)

Serwisy książkowe przewidują, że Amazon.pl ruszy w 2016 roku. Wśród wydawców, dystrybutorów i właścicieli sieci sklepów z książkami (trudno bowiem nazwać je księgarniami) wybuchła cicha panika. Jak zawsze najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Większość dyrektorów polskich oficyn prawdopodobnie do dziś nie przeczytało choćby jednej książki na temat fenomenu największego sklepu na świecie. Tymczasem Amazon może równocześnie wpłynąć na wiele segmentów polskiego rynku książki i prasy i sporo namieszać. Pofantazjujmy więc nieco na ten temat i roztoczmy apokaliptyczne wizje grozy, które prześladują polskich wydawców.


Wydawcy-Pany i Mecenasy zacisną pasy...

Oficyny książkowe drżą. Oto bowiem może pojawić się gracz, który ma w zwyczaju uczciwie traktować autorów. W systemie selfpublishingu na Amazonie pisarz dostaje 70% zysków ze sprzedaży, a ebooka może wstawić do amazonowej dystrybucji w ciągu 48h. Ponadto, autor ma stałą kontrolę nad finansami, podgląd na wyniki sprzedaży i otrzymuje darmowe narzędzia do promocji swojego tytułu. To przerażające w sytuacji, w której w Polsce autor otrzymuje 8-10% zysków ze sprzedaży od ceny okładkowej, minus 2-3 tys. złociszy wstępnej zaliczki (Przy czym, zyski zwykle kończą się na zaliczce. Nagle bowiem niezwykle trudno uzyskać od polskiego wydawcy informacje na temat faktycznych wyników sprzedaży). 

Można się przestraszyć, bo na Amazonie autor sam ustala promocje cenowe swoich książek i stale może konsultować je z systemem największego sklepu na świecie, który podpowiada mu gotowe rozwiązania. Dla odmiany – polski wydawca rzadko kiedy raczy autora informacjami o większości cenowych promocji, na które się zdecydował. Wydawcy-Pany myślą, że im tak wolno, bo przecież zapłacili za korektę, redakcję, skład i druk książki. Autor podpisał z nimi umowę i teraz jego jedyne w swoim rodzaju dzieło, nie należy już do niego, lecz do Wydawcy-Mecenasa. A temu ostatniemu, trzeba w podzięce... wycałować ręce. 

Atmosfera jest nerwowa, bo oto skończy się problem z tym, że wydawca nie chce zrobić dodruku książki, choć pierwszy nakład sprzedał się w całości. Nie ma sensu tego robić – mówi w takiej sytuacji Mecenas polskiemu pisarzowi. - Nie drukujemy więcej, bo Empik już sprzedał swoje 1500 sztuk, a Empik bierze tylko nowości. Dodruku nie weźmie, no chyba, że wykupimy w Empiku promocję za 20 tys... 

Tymczasem na Amazonie książka będzie już zawsze dostępna. Nikt nie zdejmie jej z półki tylko dlatego, że w ciągu ostatniego tygodnia wydano tysiąc nowych tytułów. Technologia druku na żądanie pozwala dodrukować w czasie 24h dowolną ilość zamówionych pozycji. Książka może żyć dłużej niż 3 miesiące! Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale po dwóch latach od premiery, nadal można znaleźć czytelników dla świetnej książki! Dla wydawcy takie podejście to problem. Jak to? - pyta Mecenas. - Pod dwóch latach mam nadal promować ten tytuł? A po co? Przecież mam 600 potencjalnych, nowych bestsellerów! 
   No właśnie. Nie każda książka musi być bestsellerem, ale każda DOBRA książka zasługuje na skuteczną promocję i dotarcie do czytelnika. Tylko, że na to trzeba czasu, kasy i chęci. Pisarzom zwykle się chce, wydawcy już nie bardzo. 


Co jeszcze przykryje fala Amazonki? Mam nadzieję, że podziurawi jak sito Empik. Złośliwie życzę sobie, aby sklep Bezosa wyciął empikowy online store i szybkością realizacji wysyłek, promocyjnymi cenami, dbałością o klienta oraz wielkością oferty, przywalił także sieci stacjonarnych salonów. Wszyscy, którzy odwalają rynkową fuszerę pod kątem dystrybucji nerwowo drapią się po głowie i powtarzają sobie jak mantrę, że przecież Amazon nie ma stacjonarnych sklepów, że uderzy głównie w e-handel. A ja wam mówię – drżyjcie! Wystarczy bowiem, że klient przyzwyczai się do tego, iż na amazon.pl jest taniej, więcej i szybciej. Wtedy krzyżyk wam na drogę. Stracicie przynajmniej 30% klienteli. I bardzo kurde dobrze! Jak to jest, że sieć salonów bierze od wydawcy za sprzedaż książki 55%?! To nie jest przegięcie. To jest bandyctwo! Oto główny powód, dla którego w Polsce nie wydaje się tak wielu znakomitych, niszowych tytułów i przyczyna śmierci małych oficyn, które nie stawiają na bestsellery. Regulacją takiego właśnie bandytyzmu powinno zająć się Państwo, ale skoro ono tego nie robi – trawę przytnie zagraniczny koncern, przerażająca mega-korporacja. 

Amazon forever!

Dlaczego tak się stanie? Ponieważ sklep Bezosa na to stać. Bo dwa tygodnie temu zaczęła się akcja przekazywania polskim bibliotekom e-czytników z ebookami. Bo takich akcji będzie więcej. Klienta trzeba przyzwyczaić do nowej marki, napełnić polskie domy urządzeniami, przez które zakupy można zrobić właśnie w sklepie Bezosa, a nie na Merlinie. 

Ciekawe, co zrobią nasze Mecenasy, aby się ratować? Przecież Bezos jest bezwzględny. Dla niego najważniejszy jest klient. Nie dała mu rady nawet wielka piątka światowych wydawców, którzy spiskowali z Apple (a wszystko przez cenowe promocje, do których zmuszał ich Bezos). Czy pomysł z zamrożeniem okładkowej ceny polskiej książki na przeszło rok, nie jest wymierzony w potencjalne promocje na amazon.pl? Czy mówienie o tym, że owe ceny trzeba zamrozić dla dobra książki, która nie jest produktem oraz w celu ratowania małych księgarenek, nie jest przypadkiem mydleniem nam oczu? Książka JEST PRODUKTEM, a małe księgarenki i tak zdechną, jeżeli nie zmienią swojej polityki i nie otworzą się na klienta. Zamrożenie ceny z okładki nic tu nie da, odbije się jednak na e-handlu książką. 

Do spekulowania na temat zagrożeń, które czają się w odmętach amazonki, wróce pewnie jeszcze nie raz. Tymczasem wiem na pewno, że nadchodzą bardzo ciekawe czasy dla polskiego rynku książki. Nadchodzi ważny moment dla autorów, którzy oleją Mecenasów i wezmą sprawy w swoje ręce. Zadowoleni będą także czytelnicy (przepraszam, klienci kupujący PRODUKTY!). A co się tyczy Panów-Wydawców, dystrybutorów, którzy dają ciała i sieciówek...Kto wie,  może znormalnieją, może się zmienią, a może do diabła z nimi?

8.05.2015
Łukasz Śmigiel (Red. Nacz. CNP)

czwartek, 7 maja 2015

[RetroGamer#3] Szaleństwo w cieniu komety - Shadow of the Comet

Niewielkie, prowincjonalne miasteczko, obłąkani kultyści, Wielcy Przedwieczni oraz... mnóstwo irytujących łamigłówek. Przywitajcie Call of Cthulhu: Shadow of the Comet.

Kometa Obłędu

Kiedy w 1992 roku Infogrames wypuściło znakomite Alone in the Dark, było jasne, że żadne inne studio developerskie nie nadawało się lepiej do stworzenia gry w całości opartej o prozę Samotnika z Providence. Rok później, po uzyskaniu praw do Mitologii Cthulhu, developerzy z Infogrames zakasali rękawy i wydali Shadow of the Comet – pierwszą i zdaniem wielu najlepszą grę jawnie czerpiącą z dorobku H.P Lovecrafta.
Gracz wcielał się w Johna Parkera – dziennikarza, który wyrusza do miasteczka Illsmouth w Nowej Anglii by zbadać pewne tajemnicze zdarzenie z przeszłości, które miało jakiś związek z pojawieniem się na nieboskłonie Komety Halleya w 1834 roku. Na miejscu bohater szybko przekonuje się, że pod pozorami normalności miasto to kryje wiele przerażających sekretów, których zgłębienie może zaprowadzić wprost w objęcia szaleństwa...

Strasznie i topornie


Mimo że nigdy nie byłem wielkim fanem przygodówek point&click, Shadow of the Comet udało się przykuć mnie do monitora aż do ujrzenia napisów końcowych. Nie była to jednak miłość łatwa: niewygodny interfejs i frustrujące, często nielogicznie skonstruowane zagadki mocno dawały się we znaki. Pod tym względem gra postarzała się wyraźnie i gracze nieprzyzwyczajeni do tak zwanej „starej szkoły" prawdopodobnie odbiją się od wysokiego poziomu trudności. Na szczęście Shadow of the Comet może pochwalić się znakomitą muzyką (może z wyjątkiem tragicznie słabego voice-actingu), wciąż ładną, ręcznie rysowaną grafiką oraz, przede wszystkim, mrocznym klimatem miasteczka Illsmouth.
Kiedy po raz pierwszy natknąłem się na obłąkanych Indian oddających cześć przedwiecznym bóstwom, lub gdy uciekałem w panice przed oślizgłym potworem goniącym mnie korytarzami podziemnej świątyni odczuwałem taki sam dreszcz, jak podczas czytania najlepszych opowiadań Lovecrafta.

Warto? Mimo wszystko tak

Pomimo swojej toporności Shadow of the Comet wciąż jest prawdziwą gratką dla wielbicieli mitologii Cthulhu. Jeśli jeszcze nie graliście, warto nadrobić zaległości a potem... zagrać w część drugą, czyli Prisoner of Ice. Ale to tym kiedy indziej...



Piotr Kistela

Wampiryczne country śmierci - The Coffinshakers

Poznajcie Roba. Rob jest dziwny. Śpiewa o wampirach, wiedźmach i wilkołakach, ubiera się na czarno i jest odrobinę przerażający. Podobnie jak jego muzyka.


Nie, nie jestem wampirem, nieumarłym też nie. 
Smak krwi odpowiada mi, to nie fikcja – odliczam dni! 
Kiedy przyjdę, usłyszysz ich krzyk
Drakula powstał z martwych!


Cytat z utworu Dracula has risen from the grave dobrze oddaje charakter The Coffinshakers. To jeden z z najoryginalniejszych zespołów z jakimi przyszło się nam zetknąć. W swoich utworach sięgają do popkulturowej grozy – Drakuli, zombie, demonów, czarownic i wychodzi im to naprawdę dobrze.

Frontmanem zespołu jest Rob Coffinshaker (a właściwie Rob Fjällsby). Jako nastolatek swoją przyszłość lokował w death metalu. Początkowo grał na perkusji, ale szybko porzucił ją dla śpiewu i gry na gitarze. Jako piętnastolatek wraz z różnymi zespołami nagrał 5 dem, ciągle poszukując swojej drogi. Rok później to czas pierwszej płyty Szweda.

W 1995 roku powstał band The Coffinshakers, dzięki któremu Rob zmienił się nie do poznania. Jego szafa zaczęła przypominać dyspozytornię funeralnych garniturów, a on sam zaczął dziwaczeć. Pasję do starych horrorów i motywów grozy przekuł w muzykę.

Ma głęboki, niski głos i jak sam twierdzi - gra wampiryczne country śmierci.

Udało im się wydać dwie, utrzymane w ponurym tonie, płyty – The Coffinshakers (2007) i We are the Undead (2000). W każdym utworze dostrzec można nawiązania do horroru. Pojawiają się tam między innymi:

 Budzące się po zachodzie słońca wampiry
Return of the Vampire


Czarownice i pojawiające się podczas Nocy Walpurgii demony
Walpurgis Night


Klątwę grobowca mumii
Curse of mummy's tomb


Mroczne cmentarze i groby
You call this graveyard, i call this home


Na dokładkę polecamy ciekawie zrealizowany teledysk The Coffinshakers do Last night down by the grave z ostatniej płyty. Idealna romantyczna ballada, w której wybranka jest... No właśnie.




Klaudia Stępień

poniedziałek, 4 maja 2015

[Złoty Poniedziałek] Krwiożercze jaszczury fantasy, czyli pierwsze horror-komiksy

Elementy nadnaturalne, przemykające potwory, odkrywane lęki i oddziaływanie na emocjach. Wszystko to przyprawione szczyptą tajemnicy. Horrory od dawnych lat bawią i straszą ludzkość, wzbudzając silne odczucia. Dzisiaj przywykliśmy raczej do filmów, które same w sobie mają tyle narzędzi, że w bardzo dobry sposób eksploatują ten gatunek. Nie możemy jednak zapominać o innym medium – komiksie, na którego kartach pojawiał się on od najwcześniejszych lat.

Wszystko zaczęło się od Dicka Briefera, który zafascynowany książką Mary Shelley i filmami na jej podstawie, postanowił zrobić swoją własną, komiksową serię. Ośmiostronicowa historia Frankensteina pojawiła się w 1940 roku na łamach siódmego numeru Prize Comics. Była ona tylko dodatkiem do sztandarowych superbohaterów tego magazynu, wśród których prym wiedli dzisiaj już zapomniani: Green Lama, Voodini czy Power Nelson. Dzisiaj ta historia uznawana jest za pierwszy amerykański horror komiksowy. O tym, jak bardzo niepewny był to był biznes, niech świadczy zachowanie autora, który w obawia o zniesławienie własnego nazwiska podpisywał się pseudonimem – Frank N. Stein. W późniejszym czasie serie o potworze przyniosły Dickowi Brieferowi sławę.

Jeżeli jesteście ciekawi, jak wyglądał pierwszy komiksowy horror, to informujemy, że można go przeczytać u nas – historia jest już przetłumaczona i odświeżona. Linkujemy poniżej!



Od tego czasu w świecie amerykańskiej Złotej Ery rozlała się prawdziwa fala horrorowych historii. Wiele magazynów przeznaczało specjalne miejsce na opowieści z dreszczykiem. A co za tym idzie, ich poziom komiksów stale się podnosił. Jednak przez siedem lat nikt nie wpadł na pomysł, żeby te rozproszone historie zebrać w jedno miejsce, jedno czasopismo poświęcone wyłącznie horrorowi.

Pierwsze kroki w tym kierunku podjęło wydawnictwo Avon, ale nie przyniosło mu to szczególnych korzyści. Pierwszy samodzielny, poświęcony wyłącznie horrorowi magazyn komiksowy – Eerie Comics – ukazał się tylko w jednym numerze. To dziwne, bo zawierał kilka przyzwoitych historii i mojego osobistego faworyta – pulpową opowieść o ocalałej załodze samolotu, która znalazła się na wyspie zamieszkałej przez kanibali i posłuszne im krwiożercze, inteligentne jaszczury, rysowaną przez Joe Kuberta. Do dziś nie wiemy, czy upadek magazynu był spowodowany kiepską sprzedażą, czy też z brakiem zapału twórców.

Zawieszoną w 1947 roku serię wznowiono cztery lata później i tym razem udało się wypuścić 17 zeszytów, lubianych i popularnych w Ameryce. Koniec Eerie Comics, jak i innych serii horrorowych tamtego okresu, spowodowany był niczym innym, jak wprowadzeniem Comic Code Authority. Magazyny musiały ulec pod ciężkim butem Fredrica Werthama i jego idei.

Paweł Iwanina

niedziela, 3 maja 2015

Wehikułem czasu do lat 80 - Kung Fury




Twardy glina walczący ramię w ramię z nordyckim bogiem przeciwko armii nazistów dowodzonej przez samego Adolfa „Kung Führera" Hitlera. Oto najbardziej pokręcony, zwariowany film tego roku – Kung Fury.





Szwedzkie Kung Fu (ry)

Być może część z was nie słyszała nic o tej produkcji i nic dziwnego. Kung Fury będzie bowiem filmowym debiutem szwedzkiego reżysera Davida Sandberga, który wcześniej zajmował się produkcją reklam i muzycznych videoklipów. W 2012 roku Sandberg zdecydował się spełnić swoje marzenie i wyprodukować film będący hołdem dla kina akcji z lat 80. Tak narodził się pomysł nakręcenia Kung Fury – szalonej komedii jakby żywcem wydartej ze starej kasety VHS. Drewniane aktorstwo, czerstwe dialogi, absurdalnie przegięte sceny akcji a to wszystko podlane całą masą kiczu i zamierzenie tandetnych efektów specjalnych. Rzućcie okiem na trailer, który sprawił, że z miejsca zakochałem się w tej produkcji.



Thor Vs Hitler


Fabuła jest urocza i tak głupia, że aż genialna. Główny bohater, tytułowy Kun Fury – znający tajniki wschodnich sztuk walki gliniarz z rodzaju tych, co to podczas przerwy na kawę w pojedynkę demolują pół dzielnicy, wyrusza na najniebezpieczniejszą misję swojego życia – cofa się w czasie, by pokonać największego zbrodniarza wojennego w dziejach ludzkości, czyli Adolfa Hitlera zwanego także Kung Führerem. Kung Fury nie będzie jednak walczył sam. Z pomocą przyjdzie mu potężny bóg Thor oraz uzbrojona w karabin maszynowy kobieta-wiking. Brzmi niedorzecznie? I tak właśnie ma być! Żadnego realizmu, czy powagi, tylko czysta akcja. Zresztą, to co pokazano w zwiastunie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej i w samym filmie czeka nas cała masa przegiętych postaci i scen, jakich próżno szukać we współczesnych megaprodukcjach.


Lata 80 znowu żywe

„W latach 80 liczyły się zabawa, akcja i herosi. Kung Fury posiada to wszystko!” - to słowa Davida Hasselhoffa, który z wielkim entuzjazmem przyłączył się do promocji Kung Fury. Nakręcił on znakomity teledysk „True Survivor”, którego obejrzało jak do tej pory grubo ponad dziewięć milionów osób. Ta liczba wyraźnie ukazuje, jak wielką popularnością cieszy się Kung Fury wśród internautów, bez których zresztą projekt ten nigdy by nie powstał.

Dzięki zbiórce na portalu Kickstarter twórcom udało się uzyskać ponad 630 tysięcy dolarów, co w zupełności wystarczyło na wyprodukowanie trzydziestominutowego obrazu. Wielka szkoda, że suma ta nie dobiła do miliona – wówczas Kung Fury stałoby się pełnometrażowym filmem. Nie wszystko jednak stracone – patrząc na ogromną popularność Kung Fury jeszcze przed premierą jestem pewien, że prędzej czy później ujrzymy kontynuację, lub inne, utrzymane w podobnej konwencji dzieło. W międzyczasie warto czekać na premierę, która ma nastąpić gdzieś między 22 a 29 maja. Zwłaszcza że film będzie dostępny w sieci całkowicie za darmo.

Na koniec zapraszam do obejrzenia wspomnianego teledysku Davida Hasselhoffa.




To jak? Gotowi na podróż w czasie?



Piotr Kistela

Szukaj